Wielki polow!
wrzesień 15, 2006
Dzis z samego rana bylismy umowieni z naszym sasiadem-rybakiem. Zgodzil sie wziac nad ze soba na polow. Spodziewalismy sie krotkiego relaksu gdzies przy naszej zatoczce. Wyszla z tego grubsza wyprawa, bo oto sasiad okazal sie zawodowcem polujacym na rozmaite zyjatka morskie z dwoma kolegami plywajacymi malym kutrem rybackim.
Wyplynelismy przed 8 rano, co dla mnie i Patryka oznacza tutaj jeszcze gleboka noc… Juz na przystani ekipa zartowala z naszego ziomka, ze bierze na polow zgraje Gringos. A my w czystych ciuszkach, z czapeczkami, plecaczkiem z prowiantem i zupelnie niepotrzebnymi klapkami niezdarnie wladowalismy sie na poklad.
Z powoca silnika w niedlugim czasie znalezlismy sie w samym srodku zatoki. Dookola rozposcierala sie panorama calego Salvadoru z jednej strony i przeciwleglych wysepek z drugiej (m.in. odwiedzona juz przez na Itaparica). Rybacy poluja tu na ryby nurkujac z rurka dostarczajaca tlen, normalnie w stroju, w rece dzierzac karabin z harpunem. Bardzo szybko na pokladzie znalazly sie pierwsze zdobycze – krab i langusta. Wszystkie zyjatka skrzetnie fotografowalismy.

rybak trzyma mix dwoch osmiornic i kraba
Czas plynal blogo, slonce zaczelo dokazywac, wiec zacheceni przez rybakow skoczylismy do wody. Czysciutka! Widac bylo nurka 3m pod woda. Zaloga rzucila nam kolo i w czasie gdy pod nami trwalo polowanie, my radosnie plywalismy sobie ciagnieci przez kuter. Swietna zabawa. Edyta przypomniala sobie wtedy, ze w koncu jestesmy na oceanie i spytala mnie: “A ogladales moze Szczeki?”.
Po pewnym czasie, juz na pokladzie zaobserwowalismy u zalogi pewne poruszenie. Jeden z nich wyciagnal z wody skrzywiony solidnie harpun. Powiedzial, ze jakas grubsza ryba. Po chwili za burta zobaczylismy roj babelkow i zaraz na poklad wszedl nurek, a cala zaloga wciagnela, jeszcze wijaca sie przebita nowym harpunem zielona morene. Ogromna, jak na nasze wyobrazenia. Koles chwycil mlotek i na naszych oczach zabawil sie w rzeznika. Walil rybe z 30 razy po glowie, a dopiero od 20 znikly w niej slady zycia… Edyta byla zachwycona, ze prawie dostala odlamkiem oka (a byl to plastykowy element z koncowki harpuna), robila zdjecia roztrzaskanego lba, krwi pod nia, ujecie z wyciakajacym mozgiem i wykrzywionej w drapieznym usmiechu polamanej szczeki.

Wlasciwie to wiekszosc polowu lezelismy plackiem na pokladzie i obkrecalismy sie jak na ruszcie, bo slonce tego dnia smazylo niemilosiernie. Zjaralismy sie jak dziki, bo plywalismy w samo polodnie w najostrzejszym sloncu od paru dni. Filrty przestaly pomagac i juz pod koniec podrozy Patryk cierpial, ze parzy go na nogach czy na plecach.
Po powrocie Patryk i ja z marszu skierowalismy sie na plaze, zeby ochlodzic w zimnej wodzie spalone ciala. Potem jeszcze lody z acai w barze Acai VIP. Sasiad zaprosil nas na przygotowana z langusty muqueke. Dostalismy ogromny garnek wypelniony tym skorupiakiem w tutejszym sosie plus swieza rybka. Oczywiscie smakowalo pierwsza klasa!





wrzesień 16, 2006 at 8:01 pm
a gdzie zdjęcia tego typa jak pizga młotkiem po głowie?
wrzesień 18, 2006 at 7:54 am
qrwa nie mam pytan :/
wrzesień 18, 2006 at 11:21 am
ku-rak do do-mu!!! hehehe;)
wrzesień 18, 2006 at 11:27 am
ja juz szykuje taki wielki szyld “ku-rak do do-mu!!!”;)zbieram ludzi i robie demonstracje hehehe noooo kurka do kuraka
wrzesień 18, 2006 at 8:42 pm
na kuchni to ja sie nie znam, ale duzy ten rak jak h*j!
wrzesień 18, 2006 at 9:34 pm
no raczej :)